strona główna





Tłumacze na bruk?

Kiedy znajdziesz się na lotnisku w Toronto bez znajomości języka angielskiego lub francuskiego, usłużny urzędnik imigracyjny zaprowadzi cię do terminala komputerowego, a wszystko, co powie, zostanie natychmiast przetłumaczone na twój ojczysty język.

Wizja ta staje się rzeczywistością za sprawą firmy Uni-Verse i jej najnowszej aplikacji DIPLOMAT, która tłumaczy rozmowy w czasie rzeczywistym. DIPLOMAT to internetowy "relay chat client" oparty na oprogramowaniu translatorskim Global Link. Wystarczy, że użytkownik zainstaluje program na komputerze stacjonarnym i zaloguje się na serwer "relay chat", a wpisywana z klawiatury rozmowa, przechodząc przez serwery Uni-Verse, zostanie przetłumaczona na języki: angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, włoski bądź portugalski. DIPLOMAT kosztuje 39,95 USD, a miesięczna opłata za korzystanie z serwisu wynosi 9,95 USD.

Firma oferuje także serwerową wersję aplikacji, przeznaczoną dla wielkich koncernów i korporacji. Według Bruce'a Lichorowicza z Uni-Verse to niezwykle pożyteczne rozwiązanie powinno zainteresować firmy o międzynarodowym personelu, w których zatrudnienie osoby władającej kilkoma językami jest często zbyt kosztowne.

Mimo szerokiego zastosowania istniejących programów translatorskich np. w serwisie wyszukiwawczym AltaVista, zdaniem Jima Robinsona, konsultanta ds. technologii translatorskich z Language Partners International: " Ich użyteczność zależy od tego, co konkretnie chcemy przetłumaczyć - programy do mechanicznego tłumaczenia dalekie są jeszcze od zadowalającego poziomu". Natomiast według Lichorowicza, Uni-Verse zapewnia 90% dokładności: "To całkiem nieźle, jak na program translatorski, zwłaszcza że przetłumaczenie jednego zdania zajmuje mu tylko 20 milisekund".
http://www.universe.com/
http://www.globalink.com/

Modelki Kleina on-line

Po nagich modelkach i eksperymentalnych reklamach telewizyjnych, Calvin Klein zafundował swoim modelom skrzynki pocztowe. Wprawdzie Klein nie ma jeszcze własnej strony WWW, lecz w prasie, telewizji, radiu i na najnowszych billboardach pojawiły się adresy poczty elektronicznej trzech modeli reklamujących jego najnowsze perfumy. Po wysłaniu e-maila pod wybrany adres otrzymamy odpowiedzi utrzymane w "stylu" jednej z trzech postaci. Teksty tworzone są przez zespół copywriterów i automatycznie wysyłane do konsumenta w nieregularnych odstępach czasowych, co ma naśladować elektroniczną komunikację. W zależności od docelowej grupy konsumentów na razie powstały trzy fikcyjne postacie: Anna - przemądrzała trzynastolatka, Tia - dwudziestoletnia profesjonalistka i Robert - miejski "luzak" w średnim wieku. Niebawem pojawi się sześć kolejnych "elektronicznych osobowości".

"Żyjemy w czymś w rodzaju paradoksalnej intymności: ludzie na całym świecie są teraz w większym kontakcie niż kiedykolwiek i odbywa się to na zasadzie one-to-one za pomocą Internetu i e-maila. W przypadku naszej kampanii osobisty kontakt realizowany jest w ten sam sposób, z tym że rozmawiamy z "elektronicznym generatorem tekstów", mając przed oczami jedynie wizerunek modela z plakatu" - twierdzi o kampanii mistrz Klein.

http://pobox.upenn.edu/~davidtoc/calvin.html

Dni myszy policzone

Firma Varatouch z Kalifornii stworzyła rozwiązanie, która może zastąpić mysz jako nowy rodzaj "wskaźnika" we wszystkich urządzeniach elektronicznych. Aparat nazywa się VaraPoint i składa się z jednocalowej płytki oraz odpornego na ścieranie krzemowo-węglowego materiału. Sensor odbiera ruchy małej, plastikowej kulki umieszczonej na szczycie urządzenia. Wystarczy obrót kulki o 15 stopni, aby uzyskać ruch kursora na całej powierzchni ekranu.

Mysz świetnie zdawała egzamin w biurze czy w domu. VaraPoint można natomiast zainstalować na przenośnej klawiaturze notebooka, palmtopu, telefonu komórkowego i używać w samochodzie, pociągu czy na ulicy. Jest najtańszą metodą zamiany ruchu w sygnał, toteż wielu producentów klawiatur planuje zastosować tę technologię.

Douglas Engelbart, wynalazca myszy, twierdzi, że pojawienie się lepszej technologii było nieuniknione. Jego zdaniem prawdziwym wyzwaniem jest jednak stworzenie interfejsu komputerowego, który odpowiadałby ludzkiemu środowisku pracy, a nie zmuszał do adaptacji tego środowiska na potrzeby interfejsu. VaraPoint to zaledwie pierwszy krok w tym kierunku, wciąż jeszcze musimy wozić ze sobą ekran.

http://www.varatouch.com/

Elektroniczny atrament

Książka, która leży na stole w kuchni, każdego dnia opowie ci inną historię. Na rękawie twej ulubionej kurtki pojawi się mapa okolicy, w której właśnie się znajdujesz, a poruszająca się kropka symbolizuje ciebie. O takich rozwiązaniach myślą naukowcy, rozmawiając o "elektronicznym atramencie". Tak jak tradycyjny atrament, jego elektroniczny odpowiednik również nanosi się na zwykłe powierzchnie, lecz ten, jak kameleon, potrafi zmienić kolor, wzór, układ znaków. Nie istnieje jego ostateczna wersja, tak jak nie ma końca edytowanie elektronicznej gazety, a jedynie jej uaktualnianie.

Brzmi to wprawdzie futurystycznie, lecz firma E INK z Cambridge już na przyszły rok zapowiedziała wprowadzenie na rynek zmieniających się znaków. Napisy z literami o rozmiarach od 2 cali do 4 stóp mają kosztować 100-5000 USD, w zależności od liczby liter. Książki i gazety o zmieniającej się treści pojawią się za 4-5 lat.

E INK opiera się na badaniach Josepha Jacobsona i jego kolegów z Massachusetts Institute of Technology, który do tworzenia obrazów w atramencie wykorzystuje przezroczyste kuleczki o średnicy ludzkiego włosa. W każdej kuleczce znajduje się grupa mikroskopijnych cząsteczek zanurzonych w barwniku, które przesuwają się z jednej strony kulki na drugą pod wpływem napięcia elektrycznego. Załóżmy, że cząsteczki są białe, a barwnik czarny. Jeśli cząsteczki są zasłonięte przez barwnik, kulka staje się czarna, lecz gdy cząsteczki przemieszczają się w kierunku przezroczystej powierzchni, kulka zmienia kolor na biały.

Kontrolując ruch cząsteczek każdej kulki, naukowcy mogą zmieniać obrazek na plakacie czy wydrukowany tekst na stronie. Ładunek elektryczny pochodzi z dwóch przezroczystych elektrod umieszczonych po obu stronach warstwy atramentu. Czarne i białe to tylko wstęp - przedstawiciele firmy E INK twierdzą, że mogą zapewnić pełną gamę kolorów.

Pewnego dnia w sprzedaży pojawią się książki ze stale zmieniającą się treścią, a czytelnicy przez Internet będą zmieniać Szekspira na Stephena Kinga, tego zaś na książkę kucharską. Strony - oprócz tekstu - będą zawierały animacje, a nawet wideoklipy, użytkownik zaś ustawi rozmiar i typ czcionek, format obrazków itp. według własnych upodobań.

Wprawdzie elektroniczne książki już istnieją, ale ludzie wolą czytać tekst z papierowych stron, choćby dlatego że z książką, gazetą czy czasopismem można wskoczyć pod kołdrę. Większość z nas nie zamierza kłaść się do łóżka z urządzeniem wyglądającym jak komputer, składającym się z plastiku, szkła i baterii. Produkty E INK będą wyglądały tak jak tradycyjna książka, którą przed snem będzie można wsunąć pod poduszkę. Poranną gazetę będzie kupowało się raz, po czym każdego dnia "uaktualniało" przy użyciu komputera lub za pomocą transmisji radiowej.

Są, oczywiście, sceptycy, którzy twierdzą, że książki drukowane elektronicznym atramentem nie zdobędą przewidywanej przez entuzjastów popularności, nie wiadomo bowiem czy będą wystarczająco trwałe i tanie, a w przypadku specjalistycznych opracowań i wszelkich słowników forma CD-ROM-u czy strony WWW odczytywanej w laptopie umożliwia konieczną w tym przypadku hipertekstowość i dostęp do całej sieci baz danych. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby ze słowników korzystać na ekranie, a kryminały czytać w łóżku

http://www.eink.com/


Rockowy radar

"Nasz radar jest interesujący, bowiem jest bardzo prosty i tani.", oświadczył geofizyk John David Sahr z uniwersytetu w Waszyngtonie, " w istocie jest to zwykłe radio połączone z komputerem". Pomimo faktu, że "pasywna detekcja" systemu może wykorzystać dowolny sygnał FM rozchodzący się w atmosferze aby namierzyć, śledzić i wyświetlać poruszające się obiekty, to zdaniem zespołu Johna Sahra najlepiej współpracuje im się z pewną hard-rockową rozgłośnią z Seattle. Całe urządzenie mieści się na karcie zwykłego peceta i kosztuje około 25 000 $, w porównaniu z wartymi miliony dolarów systemami detekcyjnymi opartymi na stacjach i wieżach transmisyjnych. Oprócz tego, "pasywny system detekcji" rockowego radaru nie wysyła fal radiowych i nie może zostać odkryty przez wroga: do namierzania obiektów używa energii już istniejącej w powietrzu i nie bombarduje atmosfery dodatkowymi falami radiowymi, co dobrze wpływa na środowisko naturalne. Technologia ta jest w stanie kontrolować większą przestrzeń powietrzną niż konwencjonalne systemy, bowiem może wykorzystywać nadajniki radiowe rozsiane po całym świecie.

http://www.manastashridge.com/


   
©MAGAZYN CYBER IDG Poland SA